Mam wrażenie, że z wiekiem słowo „wakacje” zaczyna oznaczać coś zupełnie innego. Kiedyś kojarzyły się z dwoma miesiącami beztroski. Dzisiaj oznaczają przede wszystkim to, że dzieci są cały czas w domu, plan dnia przestaje istnieć, a znalezienie godziny tylko dla siebie staje się małym wyzwaniem. I wiecie co? Bardzo mi się to podoba. Oczywiście jest głośniej. Jest więcej chaosu. Jest mniej przewidywalnie. Ale jednocześnie to właśnie z takich chwil powstają wspomnienia, których nie da się zaplanować.
Nie pomagały również upały. Temperatury skutecznie odbierały ochotę na cokolwiek, ale mimo wszystko staraliśmy się nie zamykać w domu. Kilka spacerów, trochę świeżego powietrza i zwykłe wyjście z czterech ścian potrafią zrobić więcej dla głowy niż kolejna godzina przed ekranem. Coraz częściej przekonuję się, że aktywność nie zawsze musi oznaczać ciężki trening. Czasem wystarczy po prostu wyjść. Najwięcej czasu w tym tygodniu pochłonął jednak projekt, o którym wspominam od kilku tygodni.

Roboczo nazwałem go paradokumentem. Nie chcę jeszcze zdradzać zbyt wiele, ale będzie to chyba najbardziej osobisty materiał, jaki do tej pory stworzyłem. Przez ostatnie miesiące dokumentowałem swoją drogę. Nie tylko zmiany sylwetki, ale przede wszystkim zmiany w sposobie myślenia. To nie jest historia o schudnięciu. To historia o odzyskiwaniu kontroli nad własnym życiem. Mam nadzieję, że kiedy materiał ujrzy światło dzienne, będziecie mogli zobaczyć w nim coś więcej niż tylko kolejne ujęcia z siłowni. A skoro już o siłowni mowa… Mam wrażenie, że zamiast zwalniać, coraz bardziej dokręcam sobie śrubę. Nie dlatego, że ktoś tego ode mnie oczekuje. Po prostu zaczynam naprawdę lubić ten proces. Jeszcze jakiś czas temu trening był obowiązkiem. Dzisiaj jest jednym z najbardziej przewidywalnych punktów dnia. I właśnie ta przewidywalność daje mi ogromny spokój. Kiedy wszystko inne się zmienia, trening pozostaje. Końcówka miesiąca to również moment, na który zawsze czekam. Journaling. Dla jednych zwykły zeszyt. Dla mnie narzędzie, które od wielu miesięcy pomaga mi utrzymać właściwy kierunek. Siadam, analizuję ostatnie tygodnie, zapisuję rzeczy, które poszły dobrze, te, które zawaliłem, i zastanawiam się, co mogę zrobić lepiej.

Kiedyś wydawało mi się, że rozwój polega na ciągłym dokładaniu kolejnych zadań. Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że równie ważne jest zatrzymanie się na chwilę i spojrzenie, czy w ogóle idę w dobrą stronę. Było też trochę gotowania. Takiego ambitniejszego i takiego, które powstaje z myślą: „byle szybko i żeby dało się zjeść”. I chyba właśnie to najlepiej opisuje ten tydzień. Nie był idealny. Nie był spektakularny. Ale był prawdziwy.

Coraz częściej łapię się na jednej myśli. Wersja 2.0 nigdy nie miała być projektem o idealnym życiu. Ma być miejscem dla ludzi, którzy próbują żyć trochę lepiej niż wczoraj. Nie zawsze wychodzi. Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Ale każdego dnia można zrobić jeden mały krok. I właśnie z takich małych kroków buduje się największe zmiany.

Do przeczytania za tydzień.

Darek

https://www.youtube.com/watch?v=eLGcnwcpqgg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *