Tydzień z cyklu tych raczej tragicznych, chociaż jak zwykle staram się wyciągnąć z tego wszystkiego przynajmniej coś ciekawego. Awaria auta, o której wspominałem już wcześniej, niestety okazała się trochę poważniejszym tematem i przez większość tygodnia samochodu po prostu nie miałem. Niby nic wielkiego, ludzie żyją bez samochodów i jakoś funkcjonują, ale kiedy przez lata całe swoje życie układasz właśnie dookoła

tego, że możesz w każdej chwili gdzieś pojechać, nagle okazuje się, jak bardzo jesteś od niego zależny. Pierwszym problemem były oczywiście dzieci, które zostały u dziadków i jakoś trzeba było je odebrać. I tak oto wydarzyło się coś, czego chyba jeszcze chwilę temu bym się po sobie nie spodziewał — po raz pierwszy od 16 lat pojechałem pociągiem. Nie będę tutaj robił wielkiej historii o odkrywaniu komunikacji publicznej, bo po prostu wsiadłem do pociągu i dojechałem na miejsce, ale sam fakt pokazuje, jak bardzo musiałem w tym tygodniu zmienić swoją normalną rutynę. A z rutyną mam niestety taki problem, że kiedy już sobie coś poukładam i wiem, jak ma wyglądać mój dzień, bardzo nie lubię, kiedy ktoś albo coś zaczyna mi w tym grzebać. Szczególnie jeżeli chodzi o treningi. Siłowni w tym tygodniu praktycznie nie było i moja psycha zdecydowanie nie znosi tego najlepiej. Nie chodzi nawet o to, że boję się nagle stracić formę przez kilka dni bez treningu, bo wiem, że tak to nie działa. Bardziej brakuje mi samego rytuału, wyjścia z domu, zrobienia swojej roboty i poczucia, że przynajmniej jeden element dnia wygląda dokładnie tak, jak powinien. Na szczęście ruchu jako takiego nie brakuje, bo sporo czasu spędzam z dzieciakami na spacerach. Maria w końcu nauczyła się jeździć na rowerze, oczywiście stało się to u dziadków, bo najwyraźniej dziadkowie mają jakieś magiczne właściwości szkoleniowe, których rodzice nie posiadają. W praktyce nasze spacery wyglądają teraz tak, że jedno jedzie na rowerze, drugie na hulajnodze, a ja sobie za nimi ganiam i próbuję pilnować, żeby wszyscy wrócili do domu w jednym kawałku. I właśnie gdzieś przy okazji tego całego braku siłowni zrobiłem coś, o czym myślałem już od dłuższego czasu, czyli wróciłem do biegania. Tylko tym razem chciałem podejść do tego zupełnie inaczej niż kiedyś. Bez robienia z tego kolejnego projektu, bez planu treningowego, bez konkretnego dystansu, bez pilnowania tempa i bez zastanawiania się, czy mój wynik jest dobry, czy zły. Po prostu zakładam buty, wychodzę i trochę sobie biegnę. Jak mam ochotę zwolnić, to zwalniam. Jak mam ochotę skończyć, to kończę. I co ciekawe, w tym tygodniu udało mi się zrobić to aż trzy razy. Muszę przyznać, że bawiłem się przy tym całkiem dobrze i chyba właśnie tego brakowało mi w moim podejściu do biegania. Przez bardzo długi czas praktycznie każda aktywność fizyczna była u mnie podporządkowana jakiemuś konkretnemu celowi. Trzeba poprawić wynik, trzeba zrobić progres, trzeba spalić kalorie, trzeba wykonać plan. Tym razem nie trzeba było niczego. Poszedłem pobiegać, bo miałem ochotę pobiegać i tyle. Nie zamierzam teraz nagle ogłaszać wielkiego powrotu do biegania ani przygotowywać się do maratonu. Chcę zostawić to dokładnie w takiej formie, w jakiej jest teraz. Raz na jakiś czas wyjść, pobiegać dla przyjemności i nie dorabiać do tego całej filozofii. Zobaczymy, jak długo uda mi się nie zamienić kolejnego hobby w projekt z Excelem. Niestety bieganie nie rozwiązuje jednego podstawowego problemu tego tygodnia, czyli tego, że zaczyna mnie po prostu zżerać nuda. Przez brak samochodu stoi masa spraw, które miałem pozałatwiać. Każdego dnia patrzę na kolejne rzeczy i dochodzę do tego samego wniosku: dobra, zrobię to, jak będzie auto. Tylko że auta dalej nie ma, lista zaczyna robić się coraz dłuższa, a mnie coraz bardziej zaczyna irytować samo poczucie, że stoję w miejscu. W związku z tym postanowiłem zabrać się za jedną z tych rzeczy, które spokojnie mogłem zrobić w domu i które odkładałem już od dawna, czyli w końcu wyczyściłem broń. Nie jest to może najbardziej ekscytujący fragment mojego życia, ale jak człowiek odpowiednio długo siedzi bez możliwości zrobienia połowy rzeczy, które sobie zaplanował, to nagle nawet czyszczenie broni zaczyna wyglądać jak całkiem atrakcyjny sposób spędzenia czasu. W tym tygodniu chciałem też pokazać trochę więcej tego, jak wygląda moja praca od strony, której normalnie nie widać na Instagramie. Przy okazji jednej z cotygodniowych rozmów z moim podopiecznym nagrałem kawałek naszego spotkania i dzięki temu w vlogu będziecie mogli zobaczyć trochę kulis prowadzenia online. Bo samo prowadzenie online bardzo łatwo sprowadzić w internecie do „dostajesz plan treningowy i dietę”, a w rzeczywistości największa część pracy zaczyna się dopiero później. Trzeba sprawdzić, co działa, czego dana osoba nie jest w stanie realizować, gdzie pojawiają się problemy, jak wygląda regeneracja, czy coś trzeba zmienić i przede wszystkim, czy ten cały plan w ogóle pasuje do normalnego życia człowieka. Plan na papierze może wyglądać idealnie, tylko później okazuje się, że ktoś ma pracę, dzieci, gorszy tydzień, wyjazd albo właśnie zepsuje mu się samochód i nagle idealny plan przestaje być taki idealny. Dlatego właśnie te regularne rozmowy są dla mnie jednym z ważniejszych elementów całego prowadzenia. Kolejną rzeczą, do której chyba zaczynam się powoli przekonywać, jest meal prep. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem tego rozwiązania. Zawsze wydawało mi się trochę dziwne przygotowywanie kilku takich samych posiłków i jedzenie ich przez następne dni. Tylko że jestem obecnie na końcówce swojej redukcji i coraz bardziej czuję już nie tyle samo zmęczenie deficytem, co zmęczenie całym procesem dookoła niego. Mam zwyczajnie dość ważenia wszystkiego, liczenia kalorii, zastanawiania się, co jeszcze mogę zjeść i pilnowania, żeby na koniec dnia zgadzała się odpowiednia ilość białka. Po tylu miesiącach naprawdę nie potrzebuję już większej różnorodności w jedzeniu, tylko chciałbym czasami otworzyć lodówkę, wyjąć gotowy posiłek i nie musieć nad nim myśleć. Dlatego stwierdziłem, że spróbuję przygotowywać sobie jedzenie na trzy dni. I jak na razie jestem zaskoczony, bo działa to całkiem dobrze. Raz poświęcam trochę więcej czasu, wszystko sobie przygotowuję i przez kolejne dni mam spokój. Wiem, ile jest kalorii, wiem, ile mam białka i odpada mi codzienna zabawa w układanie posiłków od nowa. Nie wiem jeszcze, czy zostanie ze mną to rozwiązanie na stałe, ale na końcówce redukcji zdecydowanie zaczynam rozumieć ludzi, którzy tak funkcjonują. Im dłużej trwa dieta, tym bardziej zaczynasz doceniać rozwiązania, które zdejmują Ci z głowy nawet kilka małych decyzji dziennie. I właściwie na tym postanowiłem zakończyć ten tydzień. Naprawa auta dalej się przeciąga, część rzeczy nadal czeka na swoją kolej, mnie zaczyna to wszystko coraz bardziej wkurzać i uznałem, że nie będę kombinował na siłę tylko po to, żeby vlog miał jakieś piękne zakończenie. Ten tydzień po prostu taki był. Trochę biegania, trochę spacerów z dzieciakami, trochę pracy, meal prep, brak siłowni, czyszczenie broni i cała masa rzeczy, które nadal czekają, aż w końcu odzyskam samochód. Nie każdy tydzień musi być spektakularny i chyba właśnie dlatego lubię tę formę Tygodnika 2.0. Czasami dzieje się bardzo dużo, czasami wszystko idzie zgodnie z planem, a czasami jedna awaria wystarczy, żeby cały ten plan wyrzucić przez okno i przez kilka dni po prostu próbować funkcjonować trochę inaczej niż zwykle.

Jeżeli chcecie zobaczyć, jak wyglądała moja pierwsza od 16 lat podróż pociągiem, powrót do biegania bez żadnego planu, moje aktualne spacery z rowerowo-hulajnogowym peletonem, pierwsze poważniejsze podejście do meal prepu oraz trochę kulis prowadzenia online, zapraszam do obejrzenia najnowszego Tygodnika 2.0 na YouTube.

Tym razem bez wielkiego finału. Po prostu kolejny tydzień życia, który kompletnie nie poszedł zgodnie z planem.

Do przeczytania za tydzień – Darek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *