Są takie tygodnie, podczas których w niedzielę wieczorem człowiek zastanawia się, jakim cudem poniedziałek był zaledwie sześć dni temu.

I dokładnie taki był ten tydzień.
Wrzesień postanowił najwyraźniej nie bawić się w żadne okresy przejściowe. Żadnego spokojnego rozruchu, żadnego „dajmy sobie kilka dni, żeby wejść w rytm”. Nie. Od razu pełna moc.
Rozpoczęcie roku szkolnego, odzyskane auto, zaległości nagromadzone przez ostatnie tygodnie, coraz więcej pracy na siłowni, własne treningi, gotowanie, dzieciaki, próba ogarnięcia działalności i gdzieś pomiędzy tym wszystkim ja, który jeszcze wymyślił sobie, że będzie jeździł elektryczną hulajnogą. Jak się później okazało, ten ostatni pomysł bardzo szybko zainteresował również polską policję.
Ale po kolei.

Najpierw trzeba było zamknąć sierpień

Od jakiegoś czasu staram się nie przechodzić bezmyślnie z jednego miesiąca w drugi. Siadam z journalem, patrzę na to, co się wydarzyło, co zrobiłem dobrze, co kompletnie nie wyszło i czego właściwie nauczyły mnie ostatnie tygodnie. Sierpień zdecydowanie miał co podsumowywać. Był trochę rozwalony przez wyjazdy, stres, problemy z autem i kilka innych rzeczy, które skutecznie próbowały wyrzucić mnie z wypracowanego rytmu. I chyba właśnie dlatego takie podsumowania zaczynają mieć dla mnie coraz większy sens. Łatwo patrzeć na gorszy tydzień i stwierdzić:

„No pięknie. Wszystko się posypało”.

Znacznie trudniej spojrzeć na cały miesiąc i zauważyć, że pomimo kilku słabszych dni nadal zrobiło się całkiem sporo. Bo progres bardzo rzadko wygląda tak, jak chcielibyśmy go pokazywać w internecie. Nie jest idealną linią biegnącą cały czas do góry. Czasem robisz dwa kroki do przodu, jeden do tyłu, przez chwilę stoisz w miejscu, a później orientujesz się, że mimo wszystko jesteś dużo dalej niż kilka miesięcy wcześniej. I chyba właśnie tego najbardziej nauczył mnie sierpień.

Wrzesień. Dzieci do szkoły, ojciec do roboty

Początek września oznacza oczywiście rozpoczęcie roku szkolnego. Powrót całej rodziny do trochę bardziej przewidywalnego rytmu dnia, ale też całą logistykę, która temu towarzyszy. A u mnie zbiegło się to dodatkowo z momentem, na który czekałem od dłuższego czasu. Zacząłem prowadzić swoich pierwszych podopiecznych na siłowni. I tutaj pojawia się dość ciekawe uczucie. Przez ostatnie miesiące było dużo przygotowań. Kursy. Nauka. Układanie planów. Strona internetowa. Oferta. Materiały. Social media. Myślenie o tym, jak właściwie chcę pracować z ludźmi. Cała masa rzeczy, które teoretycznie oznaczały, że „zostaję trenerem”. Ale dopiero teraz zaczyna się ta część, w której naprawdę nim jestem. Praktycznie każdego dnia mam z kimś trening. Poznaję kolejnych ludzi, ich możliwości, ograniczenia, cele i — co chyba najważniejsze — zaczynam widzieć w praktyce coś, o czym wcześniej mogłem głównie czytać.

Nie ma dwóch takich samych osób.

Możesz mieć przygotowany świetny plan, ale człowiek nie jest tabelką w Excelu. Jednego dnia ktoś zrobi wszystko dokładnie tak, jak zaplanowałeś. Drugiego przyjdzie niewyspany, zestresowany albo zwyczajnie będzie miał gorszy dzień. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa robota trenera. Nie wtedy, kiedy wszystko działa idealnie.

Meal prep po raz kolejny ratuje mi tyłek

Im bardziej zapchany robi się mój kalendarz, tym bardziej doceniam przygotowywanie jedzenia wcześniej. Meal prep nie jest szczególnie spektakularny. Nie brzmi jak jakaś rewolucyjna metoda produktywności. Po prostu raz siadasz, planujesz, gotujesz większą ilość żarcia i przez kolejne dni nie musisz kilka razy dziennie zastanawiać się:

„Co ja teraz właściwie zjem?”

I w tygodniu takim jak ten okazuje się to absolutnie bezcenne. Bo kiedy pomiędzy jednym treningiem a drugim masz godzinę, bardzo łatwo wygra opcja najszybsza. A jeśli w lodówce czeka gotowe jedzenie, to właśnie ono staje się opcją najszybszą. Mała decyzja podjęta kilka dni wcześniej robi robotę za przyszłego mnie. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że spora część „silnej woli” polega właśnie na tym.Nie na byciu niesamowicie zdyscyplinowanym w każdej sekundzie życia, tylko na takim organizowaniu sobie otoczenia, żeby dobre decyzje były po prostu łatwiejsze.

Kupiłem maszynkę do lodów, bo oczywiście że kupiłem

Przy okazji meal prepu pojawił się kolejny absolutnie niezbędny do życia sprzęt. Maszynka do lodów. Bo skoro można kupić kolejne urządzenie kuchenne, które przez pierwsze dwa tygodnie będzie największą miłością mojego życia, to przecież nie mogłem przepuścić takiej okazji. Plan był prosty. Zrobić domowe sorbety i jakieś sensowne proteinowe lody, które nie będą smakowały jak zamrożony shake białkowy ze smutkiem. I ku mojemu zaskoczeniu… wyszły naprawdę dobre. Szczególnie sorbet. Czy jest to niezbędne na redukcji? Absolutnie nie. Czy jest fajne? Absolutnie tak. I właśnie takie rzeczy lubię najbardziej. Nie szukanie kolejnego „fit hacka”, tylko sposobów na to, żeby sposób odżywiania był czymś, co rzeczywiście sprawia mi przyjemność. Bo redukcja kiedyś się skończy. A jeść będę musiał dalej.

GYMKOG: czyli trener personalny kaleczy przysiad

Oczywiście w tym całym zamieszaniu trzeba było jeszcze znaleźć miejsce na własny trening. Tym razem nogi. A skoro nogi, to przysiad. Moje ulubione ćwiczenie do regularnego przypominania sobie, że zawsze znajdzie się coś, co można robić lepiej. Przysiad jest jednym z tych ruchów, które z boku wyglądają banalnie. Bierzesz sztangę. Kucasz. Wstajesz.

Dziękuję, zapraszam na następne szkolenie.

Tyle że kiedy zaczynasz rozkładać go na części, nagle pojawia się ustawienie stóp, tor kolan, pozycja miednicy, napięcie brzucha, oddech, mobilność, stabilizacja i kilkanaście innych rzeczy. I mój przysiad nadal nie wygląda tak, jak chciałbym, żeby wyglądał. Co w sumie bardzo mi odpowiada. Mam nad czym pracować. Bycie trenerem nie oznacza przecież osiągnięcia jakiegoś magicznego poziomu, na którym nagle wszystko robisz perfekcyjnie. Wręcz przeciwnie. Im więcej się uczę, tym więcej rzeczy zaczynam zauważać we własnym treningu. I bardzo dobrze.

W końcu odzyskaliśmy samochód!

Po całej historii z autem wreszcie możemy normalnie jeździć. Co oczywiście sprawiło, że niemal natychmiast zacząłem kombinować, jak jeździć nim… mniej. Ma to jednak pewien sens. Diesel średnio przepada za ciągłym pokonywaniem kilku kilometrów po mieście, a odkąd pracuję na siłowni, takich krótkich tras pojawia się u mnie coraz więcej. Dom. Siłownia. Dom. Siłownia. Kilka kilometrów w jedną stronę. I wtedy pojawił się genialny plan. Hulajnoga elektryczna.

Szybciej niż pieszo, taniej niż samochodem, nie stoję w korkach, nie szukam parkingu i przy okazji nie katuję diesla krótkimi odcinkami. Plan idealny. Co mogłoby pójść nie tak?

Pierwszy dzień. Policja.

Tak. Pierwszego dnia jazdy hulajnogą zatrzymała mnie policja. Nie po miesiącu. Nie po tygodniu. Pierwszego dnia. Czasami mam wrażenie, że rzeczywistość sama pisze mi te Tygodniki. Na szczęście cała historia skończyła się zdecydowanie mniej dramatycznie, niż brzmi jej nagłówek, ale sam timing był perfekcyjny. Kupujesz hulajnogę. Myślisz sobie: „Ależ to będzie rozsądne i praktyczne rozwiązanie”. Wsiadasz. Jedziesz. Dzień dobry, policja. No przecież.

I nagle robi się piątek

Pomiędzy tym wszystkim były kolejne treningi z podopiecznymi, moje treningi, gotowanie, praca przy stronie, content i nadrabianie całej masy drobiazgów, które przez ostatnie tygodnie zdążyły się nawarstwić. I chyba największym sukcesem tego tygodnia nie jest nawet to, ile rzeczy udało mi się zrobić. Bardziej cieszy mnie to, że zaczynam powoli odnajdywać się w tej nowej codzienności. Jeszcze kilka miesięcy temu praca jako trener była planem. Czymś, co dopiero miało się wydarzyć. Teraz rano patrzę w kalendarz i widzę treningi swoich podopiecznych. To mały detal, ale dla mnie cholernie ważny. Oczywiście nadal próbuję jednocześnie prowadzić własną redukcję, trenować, być ojcem, mężem, robić internety, podcast, stronę i najwyraźniej produkować proteinowe lody. Więc spokojnie. Chaos nigdzie się nie wybiera. Po prostu chyba coraz lepiej uczę się w nim funkcjonować.

A na koniec — cynamonki

Po całym tygodniu Ela zrobiła cynamonki. I tutaj mógłbym teraz napisać coś bardzo trenerskiego. O balansie. O elastycznym podejściu do diety. O tym, że jeden posiłek nie niszczy efektów redukcji. Wszystko byłoby prawdą. Ale czasem naprawdę nie trzeba dorabiać do jedzenia filozofii. Czasem cynamonka jest po prostu cynamonką. Jesz ją. Jest dobra. A później wracasz do swojego normalnego życia. I być może właśnie to jest jedna z najzdrowszych relacji z jedzeniem, jakie można sobie zbudować.


Ten tydzień był kompletnie napakowany. Nowy rok szkolny. Auto. Pierwsi podopieczni. Meal prep. Własne treningi. Lody. Hulajnoga. Policja. Cynamonki. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zaczyna docierać do mnie, że projekt, nad którym pracowałem przez ostatnie miesiące, przestaje być projektem. Powoli staje się moją codziennością. Nie jest idealnie poukładana. Nie wszystko wychodzi. Przysiad nadal można poprawić, kalendarz czasem wygląda jak Tetris na najwyższym poziomie trudności, a policja najwyraźniej interesuje się moimi nowymi środkami transportu. Ale idzie do przodu. I na ten moment dokładnie tyle mi wystarczy.

📌 Małe decyzje. Lepsza wersja. Każdego dnia.
👊 Do zobaczenia przy kolejnej małej decyzji. 🌴

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *