Wrzesień się skończył. I jak zwykle na przełomie miesiąca zamiast po prostu powiedzieć sobie „no dobra, kolejny miesiąc” wyciągam moje dzienniki, siadam i zaczynam grzebać. Co zrobiłem, czego nie zrobiłem, co wyszło, co nie wyszło i dlaczego coś, co pierwszego września wydawało się genialnym pomysłem, trzydzieści dni później wygląda już trochę mniej genialnie xD. Lubię ten moment. Nie dlatego, że każde podsumowanie kończy się odkryciem sensu życia, tylko dlatego, że łatwo jest przelecieć przez kilka miesięcy na autopilocie i nawet nie zauważyć, że właściwie cały czas robisz to samo. Dzienniki trochę mnie przed tym chronią. Wrzesień zamknięty, więc można wejść w październik. I tym razem wchodzę trochę mocniej, bo zaczynam Winter Arc.

W internecie Winter Arc może oznaczać chyba wszystko — od wstawania o piątej rano i kąpieli w lodzie po zniknięcie z Instagrama na trzy miesiące i powrót z sześciopakiem xD. Ja oczywiście musiałem zrobić to po swojemu. Mam około 80 dni do zimy i przez ten czas chcę trzymać się kilku bardzo

prostych zasad. Bez wymyślania sobie siedemnastu nowych nawyków, życia mnicha i udawania, że od poniedziałku jestem zupełnie innym człowiekiem. Mam swoje cele treningowe, mam kilka rzeczy poza siłownią, które chcę dowieźć, i mam challenge, który będzie czekał na końcu tych 80 dni. Więcej będę pokazywał na bieżąco, bo chcę, żeby Winter Arc przewijał się przez kolejne tygodnie, a nie był kolejnym wielkim planem, o którym za dwa tygodnie wszyscy zapomnimy. Łącznie ze mną.

Jeżeli chodzi o siłownię, sprawa jest bardzo prosta. Płaska. Martwy. Siady. Chcę poprawić wszystkie trzy i właśnie pod to układam sporą część swojej roboty. Dlatego w tym tygodniu było dużo siłowni. A później dla odmiany jeszcze trochę siłowni. I żeby nie było nudno — na koniec jeszcze siłownia xD. Wyciskanie nadal pozostaje moją osobistą wojną z kawałkiem metalu wiszącym nad klatką, ale właśnie dlatego chcę poświęcić mu więcej uwagi. Martwy i przysiad również mają konkretne cele, więc przez następne tygodnie będzie można obserwować, czy ten mój genialny plan rzeczywiście działa, czy w grudniu będę wymyślał bardzo przekonujące wyjaśnienie, dlaczego nie działał.

Na szczęście pomiędzy sztangami wydarzyło się też trochę normalnego życia. Zabrałem rodzinkę do lasu i trafiliśmy na naprawdę piękny dzień. Trochę spaceru, przyrody i zwykłego czasu razem, który coraz bardziej doceniam właśnie dlatego, że na co dzień ciągle gdzieś biegnę. Było też LEGO, bo najwyraźniej dorosłość polega między innymi na tym, że wreszcie możesz sam sobie kupić klocki i nikt nie może Ci powiedzieć, że jesteś na nie za stary. Był meal prep. Nawet kilka razy, bo przy ilości jedzenia, którą przerabiam w ciągu tygodnia, gotowanie jednego pudełka raczej nie rozwiązuje problemu.

Nagrałem też trochę mojego wieczornego rozciągania i mobility. Robię to już od dawna, tylko jakoś rzadko trafiało do vloga. A szkoda, bo trening to nie tylko moment, kiedy człowiek robi minę, jakby miał zaraz umrzeć pod sztangą. Te mniej widowiskowe rzeczy też są częścią całej układanki. Szczególnie kiedy sześć razy w tygodniu próbujesz przekonywać swoje ciało, że podnoszenie ciężkich przedmiotów jest całkowicie normalnym sposobem spędzania wolnego czasu.

No i wtedy wydarzyła się SENSACJA.

Miałem profesjonalną sesję zdjęciową na siłowni.

I tutaj naprawdę muszę wspomnieć o Kindze, bo poza tym, że zrobiła mi świetne zdjęcia, to sama sesja była po prostu zajebiście przyjemna. Jest różnica między kimś, kto potrafi obsługiwać aparat, a kimś, kto naprawdę lubi to, co robi — i tutaj było to czuć od pierwszych minut. Dużo dobrej energii, zero niepotrzebnego spinania się, a przy okazji udało nam się nagrać trochę backstage’u, więc możecie zobaczyć, jak wyglądało robienie ze mnie modela fitness. Proszę się nie przyzwyczajać xD. Pod koniec tygodnia dostałem już zdjęcia do wglądu i zdecydowanie było na co czekać.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim oczywiście były jeszcze treningi personalne. Tych akurat nie nagrałem. Zrobiłem też cynamonki. Tego również nie nagrałem. Generalnie rozwijam się jako vloger w niesamowitym tempie — najlepsze rzeczy robię wtedy, kiedy kamera leży gdzieś indziej xD. Na szczęście cynamonki dostały przynajmniej swoją przebitkę, więc istnieje dowód, że nie zmyślam.

I tak kończę ten tydzień dokładnie tak, jak kończę sporą część tygodni — siedząc przed komputerem i montując materiał, który właśnie oglądacie.

Tylko tym razem coś faktycznie się zaczęło.

Winter Arc. Około 80 dni. Kilka konkretnych zasad. Konkretne cele.

Zobaczymy, gdzie mnie to zaprowadzi.

https://www.youtube.com/watch?v=C1oTvgx5wlk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *