Są takie tygodnie, które z pozoru wyglądają zupełnie zwyczajnie. Kilka treningów, trochę rodzinnego czasu, zakupy, obowiązki i kilka drobnych przyjemności. Gdyby spojrzeć na nie z boku, można by pomyśleć, że nie wydarzyło się nic szczególnego ,a jednak mam wrażenie, że właśnie takie tygodnie często zmieniają najwięcej.
Zaczęło się bardzo spokojnie. Od śniadania. Szakszuka to jedno z tych dań,

które sprawiają, że nawet zwykła niedziela staje się odrobinę lepsza. Potem była partia szachów z córką i rodzinny wyjazd na wieś. Czasami naprawdę potrzebujemy po prostu wyjść z domu, dotknąć trawy i przypomnieć sobie, że świat nie kończy się na ekranach komputerów i telefonów. Później wróciła codzienność. Praca. Trening. Obowiązki i właśnie tutaj dochodzimy do rzeczy, która zajmuje ostatnio sporą część mojej głowy. Od kilku tygodni bardzo intensywnie pracuję nad Projektem 2.0 i nie mam tu na myśli wyłącznie treningów czy walki o zdrowie. Chodzi o coś znacznie większego. Powstaje miejsce, które ma połączyć wszystkie elementy tej drogi. Vlogi, przemyślenia, dziennik, doświadczenia, błędy, sukcesy i całą tę nieidealną podróż do lepszej wersji siebie. W praktyce oznacza to dziesiątki godzin spędzonych na planowaniu, pisaniu, testowaniu i poprawianiu. To jeden z tych projektów, które nie dają człowiekowi spokoju nawet wtedy, kiedy odchodzi od komputera.
I wiecie co? Bardzo dawno nie byłem czymś tak podekscytowany. Na razie nie chcę zdradzać szczegółów. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już za tydzień będę mógł powiedzieć o tym znacznie więcej. Poza tym życie toczyło się swoim rytmem. Było pieczenie ciast dla Eli na imieniny do pracy. Były zakupy. Były lody. Były kolejne treningi. Było dokładnie to, co od wielu miesięcy staram się budować – normalna codzienność oparta na małych, powtarzalnych działaniach i chyba właśnie to jest największa lekcja ostatnich miesięcy. Zmiana życia bardzo rzadko wygląda spektakularnie. Najczęściej wygląda jak zwykły wtorek albo środa albo kolejny trening, na który średnio ma się ochotę. Na sam koniec tygodnia wydarzyło się jeszcze coś zabawnego. Po raz pierwszy w życiu założyłem rolki. Nie „wróciłem do rolek”. Nie „odświeżyłem sobie dawną pasję”. Pierwszy raz. W wieku 34 lat i muszę przyznać, że było to doświadczenie równie zabawne, co niepokojące dla mojego poczucia równowagi. Ale właśnie takie rzeczy lubię najbardziej. Próbowanie nowych rzeczy przypomina, że nadal można być początkującym. Nadal można się czegoś uczyć. Nadal można wyjść poza własną strefę komfortu, a to przecież dokładnie o to chodzi w Wersji 2.0. Nie o perfekcję. Nie o bycie najlepszym. Tylko o to, żeby nie stać w miejscu.

Do przeczytania za tydzień.

Dariusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *