Są takie tygodnie, które zaczynają się od ambitnego planu, listy zadań i poczucia, że tym razem człowiek będzie absolutną maszyną produktywności. Ten nie był jednym z nich. Ten zaczął się od rest dayu. I wiecie co? Bardzo dobrze. Zacznijmy od nicnierobienia Ostatnio sporo się dzieje. Treningi, podopieczni, własne treningi, gotowanie, nagrywanie,

rodzina i cała ta codzienna logistyka, której nikt nie wrzuca do efektownych rolek o „grindzie”. Dlatego postanowiłem trochę odpuścić. Bez wyrzutów sumienia. Usiadłem i odpaliłem grę, na którą czekałem właściwie od pierwszych zapowiedzi. Kilka godzin zwykłego grania bez zastanawiania się, czy przypadkiem nie powinienem w tym czasie robić czegoś bardziej produktywnego. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że umiejętność odpoczywania jest równie ważna jak umiejętność zapierdalania. Zwłaszcza że później ten tydzień bardzo szybko wrócił na swoje normalne tory.

Meal prep nadal ratuje mi dupę

Segment kuchenny zostaje. Im więcej mam treningów z podopiecznymi i rzeczy do zrobienia w ciągu dnia, tym bardziej doceniam fakt, że otwieram lodówkę i jedzenie po prostu tam jest. Nie muszę kombinować. Nie muszę wieczorem podejmować kolejnej decyzji. Nie muszę ratować się czymś przypadkowym, bo jestem głodny i nie chce mi się gotować. Dlatego znowu zrobiłem większy meal prep. A właściwie… trochę mnie poniosło i nagotowałem tego całkiem sporo. I chyba właśnie na tym polega u mnie największa wartość meal prepu. Nie na tym, że jedzenie jest „bardziej fitness”. Po prostu zdejmuję sobie z głowy kilka decyzji dziennie.

Dentysta, weterynarz i prawdziwe życie

Potem przyszła pora na atrakcje zdecydowanie mniej instagramowe. Dentysta z Marysią. Weterynarz z kotem. Obowiązki, dojazdy, czekanie, załatwianie. Czyli normalne życie. I chyba właśnie dlatego coraz bardziej lubię zostawiać takie rzeczy w Tygodniku. Bo Wersja 2.0 nigdy nie miała być projektem, w którym pokazuję wyłącznie trening, idealne jedzenie i motywacyjne teksty. Większość życia dzieje się przecież pomiędzy tym wszystkim.

GYMLOG: plecy i martwy ciąg

Skoro jednak prowadzę kanał jako trener, to wypadałoby czasami coś podnieść. Wjeżdża więc kolejny GYMLOG, tym razem dzień pleców. A skoro plecy — jest również martwy ciąg. Lubię wrzucać te fragmenty nie tylko jako pokazanie konkretnego treningu, ale również jako dokumentację własnej drogi. Za kilka miesięcy będę mógł wrócić do tych nagrań i zobaczyć, co się zmieniło. Ciężar. Technika. Sylwetka. Podejście do treningu. Nie każdy progres widać z tygodnia na tydzień. Ale kiedy dokumentujesz miesiące, zaczynasz zauważać rzeczy, które na co dzień kompletnie Ci umykają.

Człowiek zamienił samochód na hulajnogę

Jest też kolejny bohater mojego ostatniego życia: hulajnoga elektryczna. Samochód przy moich krótkich trasach po mieście średnio wpisuje się w to, czego potrzebuję, więc coraz więcej rzeczy załatwiam właśnie hulajnogą. Szybko. Prosto. Bez szukania miejsca parkingowego. Po pierwszej przygodzie z policją nadal jej nie porzuciłem, więc chyba możemy oficjalnie powiedzieć, że przeszła okres próbny. 😅

Wagary

I dochodzimy do jednego z moich ulubionych momentów tego tygodnia. Pewnego ranka stwierdziłem, że syn robi sobie wagary z przedszkola. Mieliśmy ważniejsze rzeczy do roboty. Poszliśmy razem do kina na Spider-Mana. Obaj jesteśmy fanami, więc zamiast kolejnego normalnego poranka mieliśmy kilka godzin tylko dla siebie. I paradoksalnie właśnie takie chwile coraz mocniej przypominają mi, po co w ogóle próbuję lepiej organizować całą resztę życia. Nie po to, żeby upchnąć w kalendarzu jeszcze więcej pracy. Tylko żeby mieć możliwość powiedzenia czasami: „Dzisiaj robimy coś razem.” Bez zastanawiania się, czy właśnie tracę produktywne trzy godziny. Nie tracę.

Trochę pracy i trochę życia

W międzyczasie oczywiście przewijają się treningi moich podopiecznych. I to nadal jest dla mnie trochę surrealistyczne, że coś, co jeszcze jakiś czas temu było planem na przyszłość, zaczyna być normalnym elementem tygodnia. Jadę na siłownię. Tylko nie zawsze po to, żeby trenować siebie. Czasami stoję po drugiej stronie i pomagam komuś zrobić kolejny krok. Do tego trochę narzekania na pogodę, trochę przemyśleń o życiu i standardowy chaos. Czyli Tygodnik 2.0 w swojej naturalnej postaci.

Nic mnie nie złamie

W końcu któregoś dnia znalazłem chwilę, w której naprawdę nie musiałem nic robić. Mogłem odpalić telefon. Mogłem obejrzeć kolejną rolkę. Mogłem przez pół godziny dowiadywać się absolutnie niczego o życiu ludzi, których nawet nie znam. Zamiast tego położyłem się i poczytałem Gogginsa. „Nic mnie nie złamie”. I chyba właśnie takich momentów chcę mieć więcej. Nie chodzi nawet o samą książkę. Chodzi o odzyskiwanie tych małych fragmentów dnia, które bardzo łatwo oddajemy telefonowi. Czasami pół godziny wystarczy.

…no prawie

Tydzień miał zakończyć się basenem. Nie zakończył. Basen jest zamknięty do końca miesiąca przez remont. No dobra. Zdarza się. Tylko najwyraźniej los uznał, że to trochę za mało, więc na sam koniec złapało mnie jeszcze przeziębienie. I w ten sposób tydzień, który zacząłem świadomym odpoczynkiem, kończę odpoczynkiem zdecydowanie mniej dobrowolnym. Może to nawet niezła klamra. Bo nadal uczę się jednej rzeczy: odpoczynek nie jest przerwą od robienia progresu. Czasami jest dokładnie tym, czego progres w danym momencie potrzebuje.

Do następnego tygodnia.

📌 Małe decyzje. Lepsza wersja. Każdego dnia.
👊 Do zobaczenia przy kolejnej małej decyzji. 🌴


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *