Siadając do pisania tego Tygodnika mam wrażenie, że ostatnie siedem dni było totalnie o niczym. Próbuję sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło i w głowie mam głównie pracę, treningi, jakieś zakupy, sprzątanie, gotowanie i jeżdżenie hulajnogą. Czyli w sumie zwykła codzienność.

Dopiero kiedy zacząłem przeglądać nagrania do vloga, okazało się, że chyba trochę żyję w delulu, bo działo się całkiem sporo. Zarówno w tych rzeczach, którymi dzielę się z Wami tutaj, jak i w tych, które zostają dla mnie prywatne. Tydzień zaczęliśmy od rodzinnego festynu w parku miejskim. Staszek razem ze swoją grupą przedszkolną występował na dużej scenie i śpiewali piosenkę. Dla nas kilka minut występu, ale dla niego było to wydarzenie chyba porównywalne ze stadionowym koncertem, bo stresował się przeokrutnie. Ostatecznie dał radę, wszystko wyszło super, a później mogliśmy już po prostu pochodzić po festynie i dobrze się bawić. Mega fajne przeżycie i jeden z tych momentów, które w danej chwili wydają się małym wydarzeniem w środku normalnego tygodnia, a później właśnie takie rzeczy pamięta się najbardziej. Po weekendowych atrakcjach trzeba było oczywiście wrócić do rzeczywistości, więc poniedziałek oznaczał trening, a trening oznaczał PUSH. Czyli klata, barki, triceps i kolejny odcinek niekończącego się serialu pod tytułem „Dlaczego ja nadal tak żałośnie wyciskam na ławce?” xD
Nie wiem, mam jakieś ćwiczenia, w których progres przychodzi mi całkiem naturalnie, a później przychodzi wyciskanie sztangi na ławce płaskiej i przypomina mi, że nie można być dobrym we wszystkim. Oczywiście dramatyzuję, bo progres jakiś tam jest, ale patrząc na moje wyniki w innych bojach, ławka nadal pozostaje tym elementem, przy którym moje ego musi grzecznie usiąść w kącie i poczekać. No ale właśnie dlatego ją robię. Gdybym wrzucał do GYMLOGU tylko rzeczy, w których jestem dobry, to za kilka miesięcy nie miałbym czego porównywać. A tak może za rok odpalę ten materiał i stwierdzę: „kurde, ale byłem słaby”. Ewentualnie odpalę go za rok i nadal będę wyciskał tyle samo. Wtedy przynajmniej będziemy mieli długoterminowy projekt dokumentalny xD. Po treningu standardowo meal prep. Ten element mojego tygodnia stał się już tak powtarzalny, że chyba niedługo będę mógł wrzucać do filmu planszę „no i wiecie co teraz” i od razu przechodzić do gotowych pudełek. Nadal jednak uważam, że jest to jedna z tych banalnie prostych rzeczy, które najbardziej ułatwiają mi życie. Nie dlatego, że każde pudełko jest idealnie „fit”, tylko dlatego, że przez kilka kolejnych dni nie muszę się zastanawiać, co będę jadł. Otwieram lodówkę, biorę pudełko i jedna decyzja mniej do podjęcia. Tym razem przy gotowaniu naszła mnie też jakaś dziwna rozkmina dotycząca redukcji, ale wyjątkowo nie mojej. Zacząłem zastanawiać się nad redukcją zawodników sylwetkowych i tym, jak bardzo różni się przygotowanie do wyjścia na scenę od zwykłego odchudzania osoby, która chce poprawić sylwetkę i zdrowie. Oczywiście nigdy nie startowałem w zawodach sylwetkowych, więc zgodnie z najlepszą internetową tradycją z cyklu „nie znam się, to się wypowiem”, włączyłem kamerę i trochę sobie na ten temat pogadałem. Nie traktujcie tego jako wykładu eksperta, bardziej jako moje luźne przemyślenia człowieka, który siedzi w redukcji zdecydowanie dłużej, niż kiedykolwiek planował xD. Dalsza część tygodnia to już głównie zwykłe życie. Praca, treningi z podopiecznymi, zakupy, sprzątanie, gotowanie, trochę jazdy hulajnogą i oczywiście moje gadanie z samochodu, bo najwyraźniej samochód stał się oficjalnym studiem nagraniowym Tygodnika 2.0.
W międzyczasie zaczęła też coraz mocniej wchodzić jesień. Nie ma już co się oszukiwać, lato powoli się kończy, robi się chłodniej, dni są krótsze i zaczynają pojawiać się te naprawdę fajne jesienne kadry. Oczywiście część influencerów była przygotowana na ten moment znacznie wcześniej niż natura, bo jeszcze dobrze nie skończył się sierpień, a ja już widziałem pierwsze COZY AUTUMN VIBES, jesieniara mode, świeczuszki, kocyki, kubeczki i całą resztę obowiązkowego wyposażenia człowieka, który właśnie odkrył, że istnieje wrzesień xD. Trochę się z tego ponabijałem, co oczywiście nie przeszkodziło mi chwilę później samemu nagrywać ładnych jesiennych kadrów. Także wiadomo — jestem ponad tym wszystkim, dopóki światło ładnie nie pada na drzewa. Ela natomiast znowu zaczęła szaleć w kuchni i tym razem zrobiła szarlotkę według mojego przepisu. Tego samego, który już kiedyś Wam pokazywałem i który nadal uważam za absolutny sztos. No i wyszła jej naprawdę zajebiście. Tutaj oczywiście pojawia się mały problem natury małżeńskiej, bo z jednej strony powinienem się cieszyć, że żonie tak dobrze wyszło, a z drugiej zrobiła moją szarlotkę według mojego przepisu i istnieje niebezpieczna możliwość, że wyszła jej lepiej niż mnie. Na szczęście postanowiłem nie eskalować konfliktu i po prostu ją zjadłem. Szarlotkę, nie Elę. Wolę doprecyzować, bo internet xD. Końcówka tygodnia trochę nam zwolniła, bo Staszek się rozchorował. Mnie natomiast zaczęło już trochę nosić i potrzebowałem po prostu wyjść z domu gdzieś dalej niż siłownia, sklep albo droga do pracy. Zabrałem więc Marię i psa i pojechaliśmy do lasu na spacer. I to był chyba mój ulubiony moment tego tygodnia. Bez żadnego planu, bez konkretnego celu, bez patrzenia na tempo, kilometry czy to, czy spacer był wystarczająco „produktywny”. Po prostu las, trochę chodzenia, rozmowy i ciszy. Pod koniec trafiliśmy jeszcze na zachód słońca przebijający się między drzewami i zrobił się taki klimat, że przez chwilę człowiek naprawdę nie potrzebował niczego więcej. Chyba właśnie tego mi brakowało. I kiedy później usiadłem do pisania tego tekstu, dotarło do mnie, dlaczego początkowo wydawało mi się, że ten tydzień był o niczym. Nie było żadnego jednego wielkiego wydarzenia, które mógłbym wpisać jako temat przewodni. Nie pobiłem żadnego wielkiego rekordu, nie wydarzyła się żadna rewolucja, nie pojechałem na drugi koniec Polski i nie zmieniłem swojego życia w siedem dni. Po prostu Staszek zaśpiewał na scenie, zrobiłem kilka treningów, ugotowałem jedzenie, popracowałem, pojeździłem hulajnogą, Ela zrobiła szarlotkę, pośmiałem się z jesieniar, a na koniec poszedłem z córką i psem do lasu. Czyli w sumie wydarzyło się całkiem sporo. Tylko były to rzeczy, które bardzo łatwo przegapić, kiedy cały czas czeka się na coś większego. Może więc nie każdy tydzień musi być „o czymś”. Czasem może być po prostu kolejnym kawałkiem normalnego życia i chyba właśnie w tym jest cały jego urok.

Bardzo Wam dziękuję, że kolejny raz spędziliście ten tydzień razem ze mną. Do zobaczenia w następnym Tygodniku 2.0. 🌴

https://www.youtube.com/watch?v=Q2gvwRZl7YA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *